czwartek, 2 kwietnia 2009

"Złagodzić ból istnienia" i "Łowcy" - spojrzenie na komiksy Tomka Obelskiego


Zdjęcie Tomka Obelskiego (z Alei Komiksu)

Jednym z moich ulubionych zajęć ostatnich miesięcy jest wpisywanie tytułów moich komiksów, jak i swojego nazwiska w różnych konfiguracjach w góglu, a nuż widelec trafię na kilka słów o swojej twórczości na jakimś forum, czy blogu. Okazuje się, że tej przyjemności nie może sobie też odmówić Tomek Obelski, który trafił do Pubu pod Picadorem, wpisując swoje nazwisko do wyszukiwarki i zostawił nawet komentarz. Jak już wspomniałem, komiksy pana Obelskiego są dość niezwykłe. Jednakże przedstawiłem je tylko w formie kuriozalnej ciekawostki, która dała kilku komiksiarzom chwilę radości podczas WueSKowego afterparty. Komentarz autora zmotywował mnie, by już zupełnie na poważnie przyjrzeć się jego pracom, bez ironii i bez imprezowego kontekstu.

O autorze dowiedziałem się z dwóch bardzo ciekawych wywiadów. Pierwszy przeprowadził Maciej Reputakowski, drugi - Dariusz Cybulski.

Podczas WSK, trafiliśmy ze znajomym twórcą, Łukaszem Dybalskim, do stoiska Tomka Obelskiego i przejrzeliśmy jego debiut - Złagodzić ból istnienia. Strona plastyczna zrobiła zwłaszcza na Łukaszu pozytywne wrażenie, więc, kierowany ciekawością, zakupiłem wspomniany album, jak i drugi wydany komiks - Łowców.

Swego czasu byliśmy z Łukaszem na filmie The Devil and Daniel Johnston. Po seansie można było porozmawiać z reżyserem, Jeffem Feuerzeigem. Zapytałem - Czy faktycznie wszyscy tak zachwycają się Danielem Johnstonem, czy to po prostu taka kontrkulturowa moda? Dlaczego nikt nie zabierze go do profesjonalnego studia i nie nagra porządnego albumu? Reżyser wydawał się trochę zbity z tropu. Mówił o szczerości przekazu i o tym, że nagrano jeden profesjonalny album, ale zabrakło w nim tego, co czyniło twórczość Johnstona wyjątkową.

Z perspektywy widzę naiwność swojego podejścia. Reżyser nie był zbity z tropu, tylko był zirytowany, że musiał mi tłumaczyć o co w tym wszystkim chodzi.

Zresztą zawsze musiałem wtrącać się na festiwalach filmowych z niewygodnymi pytaniami, które mi się wydawały mądre. Tak też było w przypadku retrospektywy dokumentów czeskiego twórcy, Karela Vachka. Jego powieści, jak wolał je nazywać, trwały ponad trzy godziny. Z dwa razy tyle widzów zostawało na końcu seansu. Zapytałem więc - po co robi tak długie filmy? Czy nie lepiej trafić do większej ilości osób, zwłaszcza gdy się ma tyle ciekawych rzeczy do powiedzenia? I dostałem odpowiedź, którą dopiero w praktyce zrozumiałem z rok temu. Jego film zobaczy kilka osób. Ale wśród tych osób może znajdzie się ktoś, kto coś z tego weźmie i przeniesie na inne pole - we własnym filmie, książce, bądź dyskusji.

W tamtych naiwnych czasach wierzyłem w te wszystkie hasła starszych i wydawało mi się mądrzejszych ludzi, że jest coś takiego jak sztuka. Że coś jest sztuką, a coś już nie jest. Że prawdziwe dzieło broni się samo. Teraz wiem, że te wszystkie kwestie są peryferyjną grą słów, którą ludzie uprawiają z różnych pobudek.

Niektórzy, bo wolą, by inni myśleli za nich i klepią gotowe, wyczytane formułki.

Inni dlatego, że wierzą w platońskie byty idealne, do których możemy próbować się zbliżyć poprzez "portale", jakimi są pewne prace malarskie, filmowe, etc.

Jeszcze inna grupa po prostu jest uzależniona od słów, jak od każdej innej używki. I potrzebują ich coraz więcej. Sam męczę się z ciężkimi książkami, brnę przez nie, czasem zapominając o obowiązkach, by poczuć dosłowny haj po skończeniu. A potem następuje zjazd, kiedy cały świat wydaje się zupełnie inny po lekturze. Dla mnie najsilniejszym uderzeniem w zeszłym roku była Kraksa Ballarda, przeczytana w Hiszpanii i po której wycofałem się z relacji międzyludzkich, przestałem szukać pracy, wróciłem do Polski i zaszyłem się na kilka tygodni w pokoju.

Tak naprawdę wszystkie twory kultury jakie mamy są rozwinięciem najprostszych gestów i potrzeb, jakie ma każde rozwinięte zwierzę. Nie można jednoznacznie określić pewnej grupy ludzi jako artystów. Bo co ich łączy? Nic, tak naprawdę, jak nic nie łączy większości Polaków, ani większości Katolików.

Czy artysta to człowiek, który lubi tworzyć?

Ja okropnie się męczę przy tworzeniu, nie lubię rysować, malować nie umiem. Pchają mnie głównie różne obsesje i znów - chęć poczucia haju. Każdą pozytywną recenzję mojej twórczości czytam kilkadziesiąt razy, czując że jestem genialny. A jak jest negatywna recenzja, to jestem zmuszony do walki, inaczej - do działania. Coś wyrywa mnie z marazmu i każe reagować. I reaguję, bo chcę wygrać walkę i poczuć haj.

Czy artysta ma obowiązek tworzyć rzeczy estetyczne lub etyczne?

A piramida zwierząt Kozyry? A pies umierający w galerii? A rytuały z wnętrznościami zwierząt?

Czy artysta musi być biegły technicznie?

Poproście większość studentów Akademii Sztuk Pięknych, by zrobili pasek komiksowy. Z głowy. Okaże się, że większość nie potrafi proporcji złapać, jak nie ma modela. Już nie mówiąc o tym, by twarz postaci była taka sama w kilku następujących po sobie rysunkach. A jak mierzyć biegłość techniczną np. w performansie?

Oczywiście na wszystkie te pytania pewni ludzie będą potrafili odpowiedzieć bez problemu. Niektórzy powiedzą, że ani performance, ani martwe zwierzęta nie są sztuką. Że trzeba mieć biegłość techniczną, etc, etc. I zacznie się kolejna zabawa, przy której miło lub niemiło spędzimy czas. Ale to jest zabawa, nic więcej, jak Literaki na Kurniku, lub obstawianie wyścigów konnych.

***

Dopiero w świetle tego, co powyżej napisałem, mogę podumać nad komiksami Obelskiego. Bo jeśli chcielibyśmy wpasować te prace w pewne powszechnie przyjęte normy to trzeba by napisać:

- Rysunki są proste. Niektóre dzieci na przełomie przedszkola i podstawówki potrafią już na takim poziomie rysować. Postacie mają szczegóły (palce, nosy, uszy), czasem zdradzają emocje (radość, smutek), praktycznie zawsze rysowane są en face lub z profilu. Czasem postać przedstawiona jest w ujęciu 3/4, ale naiwnie - jest to raczej połączenie pewnych elementów en fas z pewnymi elementami z profilu. Brak dbałości o anatomię, dłonie są zbyt małe, ciała zbyt cienkie, postacie często nie mają kolan i łokci. Perspektywa jest umowna. Rysownik potrafi posługiwać się linijką, choć linie nie zbiegają się do żadnego punktu, postacie stojące dalej są często większe, niż te stojące bliżej.

- Kolory w Złagodzić ból istnienia są cienko kładzione, nie budują przestrzeni. Plansze są zupełnie płaskie. Za to same kombinacje kolorystyczne wywołują niepokojący nastrój, ciekawie ze sobą współgrają jako płaszczyzny płaskiego koloru. Łowcy z kolei są w odcieniach szarości, z elementami czerwieni (krwi). Jest to ciekawy zabieg, choć słaba jakość druku powoduje, że przy nieodpowiednim świetle strony są plamami szarości.

- Komiksom brakuje korekty, pełne są błędów ortograficznych, stylistycznych, gramatycznych.

- Kwestie wypowiadane przez postacie wzięte są z różnych konwencji. Obok siebie sąsiadują pełne patosu wyznania z wulgarnymi odzywkami. Autor wprowadza czasem rymy lecz nie bacząc na metrum. Wydaje się, iż zabieg mieszania stylistyk, jak i braku korekty są niezamierzone (co sugerować mogą wypowiedzi autora w trakcie udzielanych wywiadów). Prowadzi to do sytuacji, w których pewne sceny, mające być w założeniu poważne, bawią. Grupowe czytanie wyrwanych z kontekstu fragmentów omawianych komiksów może w wyniku wymienionych wad, być powodem ogólnej wesołości, zwłaszcza jeśli znajdujące się w grupie osoby są pod wpływem środków odurzających (np. alkoholu).

- Autor świadomie korzysta z pewnych gatunków komiksowych:

Złagodzić ból istnienia jest postmodernistyczną pracą, łączącą na 46 stronach esej naukowy (informacje o działaniu konkretnych narkotyków), powieść obyczajową (poczynania głównych bohaterów), surrealizm (sekwencje senne), autobiografię (wg. wywiadów niektóre elementy powieści autor zaczerpnął z własnych przeżyć; do tego w samym komiksie pojawia się rysownik komiksów wspominający swoje wcześniejsze dokonania plastyczne). Całość przesycona jest cytatami (głównie z lektur szkolnych). Jedna sekwencja senna przypomina przygody Tytusa, Romka i Atomka, popularnego komiksu adresowanego do dzieci i młodzieży. Autor w ironiczny sposób przebija czwartą ścianę. Wchodzi w dialog ze swoimi postaciami. Sami bohaterowie świadomi są swojej komiksowości. Całość zamyka się w alegorycznej klamrze.

Łowców można najłatwiej sklasyfikować jako połączenie pornografii z horrorem. Nie ma już wątków obyczajowych ani autobiograficznych, choć znów, autor jawnie wskazuje na umowność historii, wkładając w usta jednego z bohaterów wypowiedź "To już ostatni twój tekst w tym komiksie!"

Reżyser The Devil and Daniel Johnston też zapewne mógłby w podobny sposób przeanalizować twórczość piosenkarza. Ale co z tego, gdy piosenkarz ujął go nie tym, co łatwo przyrównać do wytyczonych ram, a właśnie czystą esencją tego co robi.

***

Proszę kliknąć, by zobaczyć większy obrazek. Jest to jedna z moich ulubionych plansz z debiutu Tomka Obelskiego, przypominająca prace Boscha.

Gdy czytałem Złagodzić ból istnienia przypomniałem sobie o swoich licealnych i późniejszych przygodach z narkotykami. Marihuana, hasz, ekstaza, grzyby, kwas. Bohaterowie komiksu zamiast ekstazą faszerują się amfetaminą. Nigdy mnie do niej nie ciągnęło, bo używana była wśród moich znajomych przed egzaminami. A bałem się, że stanę się hiperaktywny podczas sprawdzianu i zamiast lepiej zdać, to po prostu nie zdam. A wystarczająco trudno i długo przechodziło mi się przez szkołę, by ryzykować powtarzanie roku dwa razy. Zresztą widziałem jak długo niektórzy dochodzili do siebie po tych egzaminacyjnych ekscesach i tym bardziej nie miałem ochoty próbować.

Podczas wszelkich zabaw z halucynogenami robiło się różne szalone rzeczy. Od niewinnego rysowania i wypisywania teorii o działaniu świata, po skakanie przez płoty, co skończyło się złamaną ręką.

Zrobiliśmy sobie raz ze znajomym spacer po Lasku Bielańskim, upalając się wcześniej. W pewnym momencie ocknąłem się i zauważyłem, że biegam po lesie, wygłaszając najgenialniejsze wiersze, jakie kiedykolwiek człowiek stworzył. Pamiętam tylko fragment jednego z nich. Brzmi:

Gdzie on jest?
Ten pies?

Chwilę później znów się ocknąłem. Zupełnie nie pamiętałem tego, co się wcześniej działo. Wiedziałem tylko, że teraz siedzimy skuleni w jakiejś pełnej liści dziurze i znajomy jest przerażony. Próbował coś wydukać. Mówił coś o niebieskim trollu, o tym, że go zabiłem, że udało nam się uciec. Wreszcie jego nieskładna opowieść zaczęła tworzyć klarowną całość: Wyszliśmy na główną drogę, a tam stał wóz policyjny. Jeden z policjantów, widząc, że się dziwnie zachowujemy, wyszedł z samochodu i poprosił nas o legitymacje. I wtedy wypchnąłem go na drogę, wprost pod pędzące auto. Nie zostało nam nic innego, jak uciekać. Słuchałem znajomego z coraz trzeźwiejszą głową i coraz większym niedowierzaniem, aż nie zawyły syreny policyjne. Zrobiono obławę.

Godzinę spędziliśmy schowani, aż zaryzykowaliśmy wyjście z lasu. Żadnej obławy nie było, choć faktycznie przez kilka minut sygnał policyjny huczał po lesie. W ogóle, to źle zrozumiałem znajomego z tymi niebieskimi trollami i wszystko skończyło się śmiechem.

Pełno mieliśmy ze znajomymi takich przygód. Do czasu aż raz, już podczas studiów, nie nagraliśmy się z kolegą podczas tripu LSD. Gdy obejrzeliśmy to potem, nie było ani wojny w Wietnamie, ani sobowtórów wsysających do lustra, ani skomplikowanych choreograficznie tańców w rytm piosenek Beastie Boys. Było tylko dwóch bełkoczących, ledwo przytomnych facetów rzucających się po pokoju. A w pokoju obok spał młodszy brat kumpla. Dziesięcioletni dzieciak. Wiadomo, że nie spał, tylko słyszał te brednie, co wygadywaliśmy i słyszał nas obijających się po pokoju. Obaj poczuliśmy się zażenowani.

Słuchanie osób, które przez te kilka lat jeszcze intensywniej sobie poczynali, niż ja, wsłuchiwanie się w ich bełkot i w ich zupełnie bezsensowny tok myślenia, też zaczęło być żenujące.

I to samo zażenowanie poczułem teraz przy lekturze komiksu Tomka Obelskiego. Idealnie oddał atmosferę tamtych lat, z dokumentalną wręcz precyzją. Od czerstwych dowcipów, przy których turlało się po podłodze całymi godzinami, przez wielkie olśnienia o ukrytych mechanizmach rządzących wymiarami, po sposób łączenia najdziwniejszych faktów w najbardziej nieprawdopodobne konfiguracje.

Żeby to przedstawić, to albo trzeba napisać książkę pokroju My, dzieci z dworca Zoo, albo stworzyć Złagodzić ból istnienia. Bo film traktujący o berlińskich narkomanach był żałosny - to taki obrazek dla ludzi, którzy myślą, że pije się heroinę i wącha hasz. Już prędzej Dzienniki Koszykarza z DiCaprio pokazały coś, co jednocześnie przerażało, ale i pociągało. Z Aronofskim i jego Requiem dla snu jest ten problem, że ten film wali po mordzie, ale pokazuje już najskrajniejsze rezultaty uzależnień. Co też mi się nie podoba.

Bo my lądowaliśmy na ziemi i wracaliśmy do szkoły, na studia, do pracy. Człowiek, który przez pół nocy przytulał się do krzesła następnego dnia podpisywał z klientami umowy w banku. Człowiek szukający przez godzinę pod stołem gier planszowych, których nie było, pół doby później wynajmował jakiemuś małżeństwu piękny apartament w Londynie za grube pieniądze. Z uśmiechem na twarzy i profesjonalizmem w głosie.

Bohaterowie komiksu robią to, co tytuł sugeruje - łagodzą ból istnienia. I jak będą głupi, to skończą na dnie. Ale patrząc na to realnie - zapewne pobawią się, poszaleją, a potem pójdą swoimi drogami i będą żyć dalej, zapalając sobie po skręcie raz na pół roku ze znajomymi z pracy.

Nie żałuję zakupu tego komiksu. Jego szorstkość i szczerość dają o wiele lepszy wgląd w świat młodego człowieka lubiącego odlecieć, niż jakakolwiek profesjonalna broszurka o narkotykach. Jak miałbym z jakimś młodym podpalającym zioło człowiekiem porozmawiać o używkach, to wpierw dałbym mu to do przeczytania, by zobaczył, że to co robi jest zabawne i nawet pouczające, ale może, przy odrobinie nieuwagi, zaprowadzić na manowce, gdzie człowiek zatrzymuje się w rozwoju i trwa w jednej błogiej chwili, z której nie może się wyrwać.

***

Proszę kliknąć, by zobaczyć większy obrazek.

Łowcy, jak już zostało napisane, to porno-horror. Gdyby zabawić się w psychoanalityczne interpretacje, to można by powiedzieć, że to bohaterowie Bólu istnienia, którzy wydoroślali, weszli w tryby systemu, ale którzy wciąż szukają coraz silniejszych bodźców i pokątnie karmią swoje żądze. Gdy broniłem komiksu Hard, zwrócono mi uwagę, że dopowiadam to, czego w samej pracy nie ma. Zgadzam się. Takie komiksy jak Łowcy i Hard to jest czysta pulpa - nieskomplikowane historie pełne seksu i przemocy, pełne pretensjonalnych wypowiedzi występujących w nich postaci.

Z drugiej strony, jestem przeciwny interpretowaniem ich w, że tak powiem, czystej formie. Po to cały wstęp powyżej, po to linki do wywiadów, po to zestawienie moich własnych przeżyć z przeczytanym debiutem Obelskiego, by dać jak najpełniejszy obraz interakcji, jaka nastąpiła. Nie uważam wpatrywanie się w obraz abstrakcyjny bez znajomości założenia twórcy za bardziej szlachetne. Uważam to za uboższe. Bo nie dochodzi do interakcji między dwojgiem ludzi - jest to wyłącznie czysto egoistyczny przejaw hedonizmu - łażę i szukam ładnych widoków albo będę mógł szpanować przed znajomymi że widziałem ten obraz na żywo.

Bo to jest tak. Autor nie potrafi narysować anatomicznie poprawnej twarzy. Możemy siedzieć i płakać nad tym faktem lub przejść nad nim do porządku dziennego i skupić się na innych elementach komiksu. Na przykład kompozycji.

Rzecz zaczyna się od sceny w kościele. Ksiądz prosi podczas mszy o datki, bo nie ma wystarczająco środków na dokończenie dzwonnicy. Wśród zgromadzonych wiernych chodzą szepty, że księża wydają zbierane pieniądze na prostytutki i dlatego nie mają na dzwonnice. Odwracamy stronę. Jest następny dzień, widzimy wykład z prawa na uczelni i scenę lekarza przy pacjencie w szpitalu. Następnie lekarz i student prawa zaczynają już w domu dyskusję - poznajemy głównych bohaterów, ojca i syna. Oczywiście człowiek biegły technicznie inaczej rozwiązałby całą kwestię, jeśli chodzi o rozplanowanie kadrów, dałby ich więcej, narysowałby postacie poprawnie i napisał ładniej z literackiego punktu widzenia dialogi. Ale to już jest sprawa formy. Już tu mamy wszystko, czego nam trzeba. Pierwsza strona nadaje ton - ludzie chodzą do instytucji, której przedstawicielom nie wierzą (ten motyw pojawi się potem w monologu policjanta, który czytając gazetę klnie na dziennikarzy). Ale i ci mogą kląć na księży i ten na dziennikarzy, póki dzieje się to pokątnie.

Lekarz i student należą do grupy, która pokątnie porywa kobiety, a potem wypuszcza w las, gwałci i morduje. Potem to oglądają, jak główny bohater filmu Peeping Tom. Ścigający ich policjant wymusza przemocą, by inni mężczyźni robili mu dobrze ustami. Jest w tym coś przerażającego, ale i fascynującego.

Swego czasu mieliśmy w Kowalni pewne ćwiczenie. Polegało ono na tym, że dobieraliśmy się trójkami. Jedna osoba miała leżeć bezwładnie, a pozostałe dwie miały ją dotykać. Wpierw delikatnie. Muskanie skóry, wyczuwanie ciała pod ubraniami. Potem silniej, wyczuwanie kości i żył. Następnie naciskanie. I wreszcie, poruszanie tym ciałem. Podnosiło się tej osobie rękę i patrzyło jak opada jak kawał martwego mięsa. Z głuchym łomotem uderzała o podłogę. Niektórzy nabawili się lekkich kontuzji. Gdy było się osobą leżącą, to przez pierwsze 20 sekund próbowało się powstrzymać śmiech. Bo dotyk łaskotał i ogólnie było to dosyć niezręczne i niekomfortowe, zwłaszcza że w całej sali było z pięć takich grupek. Ale po chwili śmiech ustawał i człowiek zaczynał czuć się jak mięso. Było to przerażające, ale i fascynujące.

Na palcach jednej ręki mogę policzyć znajome mi osoby, które nie chcą rozmawiać o pokątnych fascynacjach, które nigdy nie wchodzą na strony dozwolone od 18 lat i które faktycznie nie odczuwają od czasu do czasu społecznie nieakceptowanych żądz. Nie, żeby reszta chciała wprowadzać te żądze w życie, ale póki ograniczają się do niewinnego gadania lub robienia prac plastycznych, dopóki nie robi się czegoś, za co mogą zamknąć w więzieniu, to wszystko jest w porządku. Z chęcią nakręciłbym filmową adaptację Łowców, z całą pulpowością dialogów i wulgarnością niektórych scen, by fascynaci mogli sobie przy tym ulżyć.

Łowcy są wykwitem pewnych fascynacji, bo przecież zrodziły się w głowie autora, a nie zostały zesłane na papier przez szatańską magię. I tak jak Hard nadają się najlepiej do wspólnego pubowego odczytu i zalążka do dyskusji o własnych ukrytych fascynacjach. Bo przyjemnie jest dać sobie upust wśród znajomych, pożartować z różnych dziwnych myśli, a potem wrócić do bycia lekarzem, studentem prawa lub kimkolwiek innym się na co dzień jest.